To jest taki sobie blog. Blog jest zasadniczo o niczym.

Monday, April 25, 2005

kontynuacja tematu

Mialem co prawda powtarzac procedure oczyszczajaca regularnie tak, aby wszystkie negatywne emocje splywajac ze mnie codzien nie pozostawily grama z tego szlamu zakrywajacego mi horyzont. Nie udalo mi sie to jak wiekszosc rzeczy w zyciu, jednak nie bylo to wynikiem zwyklej spolegliwosci, ale doglebnej analizy mojego stanu. Jak bede tak ciagle sie spowiadal to w koncu ... jednak ta analiza nie byla tak doglebna. ... niewazne.
Oczywiscie nadal sie obrzucam blotem kiedy tylko sie da, zastapilem jedynie sformuowanie "mam to w dupie" na "piernicze to wszystko" lub np "to nie ma znaczenia". Nie "nienawidze siebie", mam "tego wszystkiego dosc". Uzalanie sie pozostalo i niewiele wskazuje zeby cokolwiek mialo sie w najblizszym czasie zmienic.
Niestety zamiast isc naprzod zaczynam w otaczajacej mnie rzeczywistosci dostrzegac niebezpieczne prawidlowosci swiadczace o powszechnym spisku na moja osobe. Zaprawde nie mozna wymyslic nic bardziej egocentrycznego.
Dobra, do rzeczy. Zaobserwowalem jedna ciekawa rzecz. Otoz w ramach prob nawiazywania pozytywnego kontaktu z otoczeniem postanowilem zaprzestac wpatrywania sie w podloge gdy ktos cos do mnie mowi, ciekawe... zaobserwowalem ze jak patrze na kogos mowiacego do mnie nagle przestaje rozumiec wypowiadane przez niego/ja slowa. Nagle zaczynaja byc nie znaczacym belkotem nie majacym wiekszego znaczenia. Nie potrafie tego zmienic. Ale z tym nie bede walczyl. Niestety swiat musi sie pogodzic z brakiem kontaktu wzrokowego ze mna..:)
Hmmm... Dzis nie zaluje wszystkiego tak bardzo,zeby wylewac z siebie zale i smutki. Prawde mowiac mam raczej wiecej agresji do otaczajacego mnie swiata niz zwykle. Niezbyt udany dzien. Odruchowe wyrzucanie z siebie "dzien dobry" zaczelo mi sie jawic jako zwykle oszustwo. I ten pieprzony applet do wpisywania bloga tez dziala tak zajebiscie wolno ze sie zesrac mozna. Wszysko do bani. Nie bede zglebial tematu - nie chce sie wdawac w detale. Za 20 lat bede i tak to pamietal.
Mam nadzieje ze predko mnie nie najdzie na czytanie co tu pisze i pisalem. To moze byc straszne. Szczerze wspolczuje jakiemus zablakanemu internaucie, ktory z nudow zaczalby to czytac. Chociaz nie bylaby to pewnie nazbyt dluga meka. To niezla metoda - zanudzic czytelnika do stanu ekstremalnego wycieczenia (z pewnoscia nie intelektualnego) wynikajacego raczej z mozolu odczytywania kolejnych zygzakow okreslajacymi sie dumnie literami. Starczy na dzis - nie idzie pisac. Koniec!!

Wednesday, April 13, 2005

spowiedz

Troche stracilem ostatnio sens pisania tego bloga. Ale to mam juz za soba. Alleluja. Przyjme forme spowiedzi.
Czemu nie do ksiedza? Bo jestem zdeklarowanym ateista i tyle. Swoj manifest religijny moze kiedys tu zamieszcze, a moze nie. Niewazne.
Powiem tylko, ze ostatnio zaczalem rozwazac sakrament (nie wiem czy dobrze uzywam tego slowa, ale chyba tak sie mowi) spowiedzi. Ma on bez watpienia racjonalne uzasadnienie. Wyrzucenie z siebie tych codziennych gownianych spraw, ktore potem czlowiekowi leza na watrobie moze miec zbawienny wplyw na moj stan psychofizyczny. Moze nie, ale to nie ma znaczenia - sprobowac trzeba.
Tak wiec zaczne - >wybacz mi Wielki Blog-Masterze, bo zgrzeszylem< mysla, czynem i czyms tam jeszcze. Bydle ze mnie jest bez watpienia nieprzecietne. Mysla - to moglbym pisac bez konca. Po pierwsze i przede wszystkim - myslalem dzis ze "mam to wszystko w dupie" z piencet razy. Co gorsze tym nie byly tylko przedmioty i zdarzenia, ale tez i co najgorsze ludzie, ktorych kocham i nie mam ich w dupie - zatem jestem zaklamana szuja. Powtarzalem sobie wielokrotnie, ze mam to i tamto w dupie - a wiele z tych rzeczy powinno byc celem mojego zycia.
Pozatym silac sie na swoja watpliwa zartobliwosc obrazilem dobrego zioma z mojej roboty - nie zrobilem tego przy nim, tylko mowiac do kogos innego. Sprawa chyba jednak do niego dotarla, co nie ma wiekszego znaczenia. Fakt faktem. Mlotek to niezbyt fajne okreslenie, zeby tak siac nim po ludziach. Niezafajnie. Mialo to byc zabawne jednak w oczach odbiorcy nie dostrzeglem grama radosci. Niezbyt fajny sposob nawiazywania pozytywnego kontaktu z otoczeniem. Sa pewne granice, ktorych nie nalezy przekraczac.
Ostatnio swoje uspolecznienie realizuje poprzez dosc swobodne wyrazanie mysli, ktore mogly niejednokrotnie kogos ukluc. Na slowa nalezy wyjatkowo uwazac - kop w morde niekiedy moze mniej bolec.
Na ten przyklad opowiem o mojej przyjaciolce z ktora ostatnio stracilem kontakt. Ostatnio widzialem ja jakies 2 tygodnie temu. Naopowiadalem jej mase szczegolnie niemilych rzeczy. Dalem jej w sposob dosc perfidny do zrozumienia, ze jest prozna, pusta do granic wytrzymalosci. Bylo to dosc przewrotne, jej reakcja potwierdzila ta teze. Jednak nie zasluzyla na to z cala pewnoscia. Pod koniec naszej rozmowy wyrazilem sie (bynajmniej nie w mysli) ze mam wszystkich w dupie. Co niestety obejmowalo i ja, potwierdzalo to zdanie zreszta szereg zachowan, ktorymi ja 'uraczylem'. Zaiste jest to niezbyt zrozumiale, dla osoby postronnej. W szczegolnosci biorac pod uwage obslizgla przymilnosc jaka sie w stosunku do niej wykazuje w pozostalych momentach. Biedna dziewczyna nie wie co o mnie myslec, jest mocno skonfundowana - zwlaszcza ze ona nie okazuje raczej nikomu mamciewdupizmu. Chociaz mi parokrotnie to okazala po moich kolejnych wpadkach. Nie ma zadnego wytlumaczenia tego zachowania. Ta egoistyczna argumentacja jaka mi co jakis czas przychodzi do glowy, nalezy wpisac na poczet grzechow mysli za ktore powinienem przepraszac WBM (Wielkiego Blog-Mastera). I siebie - bo takim tokiem rozumowania siebie obrazam.
Idac dalej - siebieobrazanie. Trudno jest szanowac otoczenie, jezeli sie nie szanuje siebie. Dzis z 130 razy pomyslalem >jak ja siebie nienawidze<. Czesto mi sie to zdaza. Nawet bardzo. W dziwnych okolicznosciach. Ide ulica i nagle jakas perfidna substancja zaczyna sie wydzielac w moim mozgu odpowiadajaca za pobudzanie obszaru samoumartwiania. To obszar, ktory chce codziennie wyproznic z siebie w postaci takiego zapisu. Nie chce tego sobie powtarzac - to zle dziala na interakcje. Chwile po tym mam ochote wstac i powiedziec na glos "EXISTENCE IS PAUSED". To nie byloby zdrowe zachowanie, raczej.
Cotujeszczedodac? Uciekanie przed wzrokiem innych jest objawem zaklamania i slabosci. Uciekalem dzis wielokrotnie. Malo sie nogami nie nakrylem, gdy jakas sliczna dziewczyna zaczela mi sie przygladac. Ucieczka byla w sumie uzasadniona - nikt chyba nie lubi jak ktos sie na niego gapi. Ale spokoj jakiego poszukuje wymaga zastosowanie blogiego usmiechu pozbawionego nieuzasadnionych obaw przed wyssaniem mozgu przez piekna nieznajoma.
Wielokrotnym grzechem jakim sie wykazalem jest analizowanie interakcji, a w szczegolnosci swojego zachowania. Koncentracja na sobie jest wynikiem dwu skrajnych postaw - narcyzm (o ktory moge byc przez wiele osob podejrzewany) lub siebienienawidzyzm. Nie dosc ze utrudnia to sama interakcje, bo powoduje spore opoznienia w analizie tresci, ale przede wszystkim doprowadza do w.w. efektu negatywnego odbioru. Myslalem dzis o sobie caly czas. Za to przepraszam.
Zdrowas Matrix'jo, laski pelna .... itd i to razy 300. Jutro bede lepszym czlowiekiem.

Thursday, March 17, 2005

Powodz

W kontekscie nadchodzacej wielkimi krokami katastrofy ekologicznej zwiazanej z intensywnym topnieniem sniegu i obfitymi wiosennymi opadami, chcialbym zauwazyc, ze tu naprawde nie ma sie czym przejmowac. Tak, bo juz jestesmy od dluzszego czasu calkowicie zalani masa informacji, do czego zdaje sie umysl ludzki nie jest przystosowany. Sa moze jakies wybitne jednostki, ktore sie w tym dobrze czuja. Ja niestety - niezaszczegolnie.
Tu troche zglobalizuje swoje rozwazania. Ostatnio spotkalem sie parokrotnie z rozwazaniami politykow w naszym slodkim Parlamencie Europejskim na temat budowy wspolnej tozsamosci europejskiej, a co za tym idzie jednolitej wizji historycznej. Pomysl iscie utopijny zwlaszcza w odniesieniu do nieumiejetnosci budowania najswiezszej (zwiazanej z ostatnimi 25 latami) historii w jednym kraju nad Wisla. Nie w 25 krajach, nie o przestrzeni czasowej obejmujacej wieki, ale w jednym, nie jakims tam wielkim kraju w kwestiach jedynie istoty naszej transformacji systemowej.
Ale nie o polityce chcialem tu mowic. Poruszony bylem ostatnio dyskusja, ktora przyciagnela mnie tematem - cos jak "Wolna wola, prawda czy iluzja" - czy cos takiego. Temat ostatnio czesto przezemnie rozwazany w kontekscie wplywu otoczenia, spoleczenstwa, przezyc ect. To bardzo ciekawe co nami kieruje. Dyskusja byla prowadzona pomiedzy jakimis 2ma goscmi, wybitnymi autorytetami nauki z jednej strony, filozofii z drugiej. Jeden wybitny profesor nauk scislych z jakiegos tam bardzo topowego uniwersytetu, drugi filozof, teolog, profesor oczywiscie nie mniej istotnej uczelni. Dyskusja byla zazarta, argumenty padaly obficie z jednej i z drugiej strony. Jednak nie pisalbym o nich, bo wnioskow nie dalo sie wyciagnac w zaden sposob.
Jeden zazarcie tlumaczyl ze nasza wola jest wylacznie zwiazana z procesami chemicznymi w naszych glowach, na ktore nie mamy duzego wplywu, drugi zas przekonywal ze wole otrzymalismy od Boga i to dzieki niej kierujemy swoim losem. Argumenty byly bardzo geste i kwieciscie zwerbalizowane natomiast niewiele wnosily do tematu. Moglbym przytaczac jedna i druga wersje, niewiele z tego by jednak wyszlo. Panowie niestety nie doszli nawet do tematu doswiadczen zyciowych i bez watpienia kluczowego tu tematu manipulacji zachowaniami innych ludzi. Temat tak ciekawy, a tak paskudnie spieprzony.
Podobnie jest jak sie slucha wiekszosci debat odbywajacych sie w srodkach masowego przekazu. Mlodziez wszechpolska kontra feministki, Tomaszewski kontra Boniek, Walesa vs Macierewicz. I to jest chyba w dodatku chyba zarazliwe. Ja tez sie .... dobra o tym innym razem :)
To ewidentnie przez ta powodz informacyjna. Ludzie zyja nawet obok siebie, zajmuja sie podobnymi rzeczami, a mowia innym jezykiem. Wszystkie drogi rozwazan prowadza w taki gaszcz informacji, ze az strach sie na jakikolwiek temat wypowiadac.
W ten sposob interakcja z otoczeniem sprowadza sie do wymiany strzepow informacyjnych, niemozliwych do zglebienia zagadnien na ktore nie ma zadnych jednoznacznych odpowiedzi.
Budowanie wiedzy teraz przypomina troche programowanie w jezykach 3 generacji. Korzystanie z gotowych bibliotek, bez jakiegokolwiek zglebiania algorytmow dzialania gotowych programow. Wiedza sprowadza sie do znajomosci API - interfejsu uzytkownika.
Z wiedza jest jeszcze weselej, bo roznych bibliotek jest od pyty, a efekty dzialania kazdego z nich sa calkowicie sprzeczne. Gdyby teraz ktos chcial zglebic zrodla, w oparciu o ktore powstaly tezy na ktorych sie opiera wiedza czlowieka, to mogloby sie okazac ze zyjemy na herbatniku plywajacym w szklance herbaty.
Niezle. To tyle.

Monday, March 07, 2005

CD Zona trzy

To juz trzecia inkarnacja tego paskudnego tematu. Ale co tu poradzic jak tylko to jest przedmiotem moich przemyslen nie liczac dylematu co tu dzis zrobic na obiad..
Im dluzej sie nad tym wszystkim sie zastanawiam, tym bardziej widze w tym ciagu zdazen tylko i wylacznie swoja wine. Jak probuje sie znow uzalac nad soba jaka to gehenne mi ta kobieta uzadzila, zaczyna mi sie zbierac na wymioty. Jest to jeszcze bardziej intensywne gdy w oknie autobusu dojrze swoja niewyrazna paszcze.
Jeszcze raz mysle o ewolucji jaka przeszedlem bedac z nia. Wczesniej mialem przewaznie dola zastanawiajac sie jak jestem odbierany przez otoczenie i jaka reakcje wywoluje wypowiedajac sie publicznie. To zawsze stanowilo dla mnie bariere. I nadal stanowi. Odbieralem zawsze ludzi za rodzaj zwierciadla odbijajacego moja poura postac. I przewaznie nie podobalo mi sie to co widzialem. W jej oczach dostrzegalem radosc. To bylo wspaniale. Jestem prozny do granic zepsucia. Chyba za to wydawalo mi sie ze ja kocham. Moze tak naprawde kochalem w niej najbardziej siebie. Nie wiem czy podchodzi pod narcyzm, ale jest to rownie pojebane.
Bylo to niewatpliwie destrukcyjne. Jednak ja tego wcale nie dostrzegalem, bo im bardziej sie tym zachlystalem, tym bardziej przestawalo mi zalezec na otoczeniu. Osiagnalem chyba maksimum w temacie koncentrowania sie tylko na sobie. Zaczalem traktowac otoczenie jak nikomu nie potrzebne tlo dla naszej wspolnej drogi. Nigdy nie bylem dobry, jak juz wspominalem, w interakcji z otoczeniem. I takie podejscie wcale nie rozwijalo mnie w tym zakresie. Tak naprawde dopiero teraz sobie to uswiadamiam. Wczesniej nie dostrzegalem tego jak bardzo olewam otoczenie. Stracilem kontakt z ta garstka znajomych, ktorych mialem. Ona w zasadzie mozna powiedziec, ze miala w tym swoj udzial, jednak to ja ich zostawilem. Ja im wielokrotnie dawalem do zrozumienia jak mam ich w dupie.... Czy moze nie.. To zbytnie uproszczenie. Nie moge powiedziec, zeby ktos sie na mnie obrazil za to ze cos zrobilem, czy powiedzialem. Przyjalem model protekcjonalnego i dyplomatycznego "pozdrawiam i fajnie byloby sie jeszcze napic piwa kiedys przed smiercia". A ludzie sraja takim podejsciem, czemu trudno sie dziwic. Innymi slowy sam nieswiadomie zniechecalem otoczenie do siebie. Im bardziej sie staralem tym bardziej wszystko wychodzilo na opak. Moja izolacja postepowala w zastraszajacym tempie. I trudno sie dziwic, ze zaczela szukac czego innego. Kazdy by zaczal. Ja chyba tez.
W zyciu czlowieka przychodzi moment, ze zaczyna sie zmieniac w warzywo. Nie wiem na ile jest to uniwersalne stwierdzenie, ale na pewno pasuje ono do mnie.
Wniosek jest jeden. Trzeba caly czas pracowac nad soba. Nie zaleznie od tego jak fajno jest, musze na przyszlosc wiedziec, w kazdej chwili mozna to stracic. To chyba ma jakis zwiazek z byciem soba. Ja chyba przestalem byc soba. A moze wlasnie zawsze tak chcialem tyle, ze nie sam. Ciezko wyczuc. Moze wczesniej staralem sie wybic na wyzyny, aby moc reszte zycia przelezec w pozycji horyzonalnej. W przenosni, ale w tym klimacie.
Nie wiem na ile jest zrozumiale to co pisze. Podobnie z reszta mam na codzien. Nie potrafie sie zachowac, a tym bardziej komunikowac z otoczeniem. Zasady bon ton sa mi obce. Poruszam sie miedzy ludzmi jak dzikus. To dzisiejsze wydazenia jakos mi to uswiadomily. Nic istotnego, ale zwyczajnie nie potrafie skoordynowac swojego zachowania w towarzystwie ludzi. Jakos z moim psem sie DOGaduje znacznie lepiej. Godne pozalowania.
Z tym bon tonem to nie wynika koniecznie z nieznajomosci zasad, ale kompletne zmieszanie gdy skupiam sie na rozmawie z jedna osoba. Koncentruje sie na tyle intensywnie, ze nie potrafie w tym momencie sie zachowac wzgledem reszty. To w sumie normalne. Zawsze tak mialem. Ostatnio jednak sie tym specjalnie nie przejmowalem, bo sie koncentrowalem na jednej osobie. Podzielnosc uwagi nie jest z pewnoscia moja mocna strona.
Innymi slowy - spieprzylem sprawe. I mozna przyjac, ze sam sobie na to wszystko zasluzylem. Wrecz prosilem sie o to.

Thursday, March 03, 2005

Do roboty!!

Trudno sie zmobilizowac do choc grama kreatywnosci. Tyle roboty na glowie, a ja nic tylko jakies blogi pisze. Kazda wymowka jest dobra, zeby nic nie robic. Najlepiej pomarudzic jakie to ja przesrane zycie mam, ile to ja sie przecierpialem przez tych wszystkich paskudnych lutkow.
A to wszystko bzdura. Bo przeciez wszystko i tak ode mnie zalezy. Kazdy sam siebie okresla, jest kowalem wlasnego losu.... a to zem powiedzial. Tak powiedzialem!
Ciekawe jaka jest najlepsza metoda na unikniecie tych wachan nastrojow, nie liczac metod farmakologicznych oczywiscie. W zasadzie wczoraj to mialem wrazenie, ze wyjde z siebie i stane obok. Z rana przyszla >>faktura<< - nic tylko kamien do szyji(?)ii(?)i(?) - tym na czym glowa wisi.
Z innej beczki - dzis sie dowiedzialem, ze kwestia rozwodu - jeszcze nie sformalizowana - sie krystalizuje. Dzialania sa podejmowane. W sumie nic takiego, bo to kwestia czasu byla tylko, ale przez swoja jaszurza skore chyba dopiero teraz do mnie trafia. Konec. Nima juz nic. Jestem wolnym 30 letnim czubkiem, co to w zyciu nic nie osiagnal i prawdopodobnie nie osiagnie. Nie mowiac nic o minimum spolecznym jakim jest rodzinka ect. Ostatnio wyczytalem w jakims artykule ze po 35 faceci juz nie sa w stanie sie z nikim zwiazac, bo osiagneli taki stopien zdziwaczenia. Niewiele mi brakuje. Chociaz to chyba bylo o kawalerach. Ja bede wkrotce zdziwaczalym 35letnim zgredem i tak czy owak nie bede w stanie nawiazac jakiejkolwiek stosunkow miedzyludzkich.
Bzdury, bzdury nic wartego do przeczytania i tak juz bedzie do konca. Prosze usiasc wygodnie i sie odprezyc - to juz tak zostanie. Zastanawia mnie troche, czy zdazylo sie komus to przeczytac. Zalozenie jest w zasadzie takie zeby ktos czytal to - skoro udostepniam to w necie. Jednak ten watek chyba nie jest warty zeby sie nad nim rozwodzic.
Mialem przezywac oczyszczenie to piszac. Chcialem zeby tak w zyciu codziennym negatywne mysli nie narzucaly mi toru postepowania. Trudno mi sie skupic na otaczajacej rzeczyczywistosci, co powoduje znaczna deprecjacje mojego wizerunku. Nie da sie rozmawiac z kimkolwiek przy odjazdach co chwile. Te dziwne spojrzenia i pytania w stylu "o co ci chodzi" zaczynaja mi naprawde przeszkadzac. Mam wrazenie, ze zaczynam sie tlumaczyc z tematu , ktory mialem zakonczyc, wiec na tym koniec.
Acha - to chodzilo raczej o to ze jak pisze to nie potrafie byc tak bezwzgledny w stosunku do samego siebie jak w przypadku funkcjonowania w interakcji z otoczeniem - niech tak to sie nazywa. Czyli innymi slowy nic ciekawego do napisania. To wszystko przez spowolnienie wynikajace z niemozliwosci pisania szybko - oczywiscie, ze tak. Czlowiek musi tak spowalniac, ze w koncu sie zawiesza. I to wszystko przez to nieumiejetne poslugiwanie sie klawiatura. I manipulowanie mysza. Bez pojecia!
Wazne zdazenie z dnia dzisiejszego. Moja bezgraniczna euforia dnia wczorajszego doprowadzila do zoobowiazania sie do pomocy jednej paskudnej pijawki chcacej wymoc na mnie pomoc przy procederze o charakterze kryminalnym. Dalem sie wciagnac w to z uwagi na objawienie sie w mojej glowie koncepcji alternatywnej, ktora z jednej strony byla absolutnie legalna i niebywale korzystna dla mnie, jednak w niektorych srodowiskach moglaby mnie postawic w niekorzystnym swietle o czym zdalem sobie sprawe dopiero dzis (nie, to bylo wczoraj, ale juz po napadzie euforii). Tak. Ciekawe, ze moj ziom ktory nie wiedzial o moim dylemacie zasugerowal, ze niektorzy ludzie sa bardzo zrecznymi manipulantami. Sugerowal, ze poruszaja sie na pewnym delikatnym gruncie zoobowiazan okazujac z jednej strony bezgraniczna bezinteresownosc, aby pozostawic pozytywne wrazenie. Z nagla wyskakuja potem z jakims paskudnym cyrografoidalnym konceptem, aby posiasc kontrole nad druga osoba. Mowil to w jakims kontekscie, ktorego notabene dzis juz nie pamietal, nie powiem jakim (ech te odjazdy - wtedy tez nie wiedzialem o co mu chodzi). Odebralem to w odniesieniu do swojej sytuacji i zrozumialem, ze moja opcja byla niezbyt rozsadna. Ale goscia musialem niestety zabic...

No dobra, nie zabilem go, tylko nieco sponiewieralem.

No dobra w zasadzie powiedzialem tylko "to sie nie uda".

Nie mowie o szczegolach. Tak mozna odkryc w tym inny sens. To takie poetyckie.
W zasadzie moglo sie to odnosic do kazdego. Ja chcialem zmanipulowac goscia od spraw kryminogennych, odkrylem ze on moze mnie zmanipulowac w sposob znacznie bardziej perfidny, a ziom mial chyba na mysli swojego szefa. Tak. Trudna sprawa.

To z innej beczki. Alem sie napracowal, ciezka ta robota nie sposob sie podzwignac i zrobic cos. Napisac cos. Odkryc ameryke. Do poniedzialku pare dni zostalo, a ja nic tylko same bzdury. Do poniedzialku chyba nie odkryje niczego. Moge zato stworzyc cos co istnieje, aby moc to kontrolowac w sposob dowolny. W ten sposob stac sie wladca maszyny!! To wspaniale. Potrzebuje tylko troche koncentracji, odrobine cierpliwosci. Umiejetnosci niepotrzebne sa, tylko ten blogi spokoj ducha co na koncentracje pozwoli.
Ostatnio probuje troche medytacji. Kwiat lotosu mi juz wychodzi i nawet nie powoduje tego dramatycznego ucisku w miednice. Ostatnim razem tak odjechalem, ze przez nie mruganie oczami lzy mi ciekly jak z kranu. Nie wiem czy o to chodzi. Powinienem chyba zasiegnac porady specjalistow. Tak z moich spostrzezen to niewatpliwie uspokaja, aczkolwiek moze tez powodowac napady strumieni myslowych. Jak czlowiek stara sie powstrzymywac mysli, to ni stad ni z owad moga sie wylac i zalac zaplon. A potem znow trzeba sie uspokajac. Tak, to moze uzalezniac.

A ja chce byc wolny od uzaleznien. Wezmy takie papierosy za przyklad. Ostatnio z racji przebywania przez dzien caly w miejscu o wysokim rygorze antynikotynowym nie pale w zasadzie wiecej czasu niz pozniej. Jednak dzienne spozycie nie ulega zmianom. Po opuszczeniu tego miejsca jaram jak opetany i wyrabiam norme z gorka. Dokladnie ta sama sytuacja.
Celem jest zrownowazenie zachowan. Jak czowiek sie powstrzymuje przed czyms to nastepuje atak z drugiej manki. Tak w kwestii rownowagi psychicznej nalezy zdefiniowac bieguny. Czy sa nimi euforia i depresja, czy moze cos innego o czym myslalem przed chwila, ale zapomnialem? To cotobylo? Zlosc/Radosc? Czy moze agresja i biernosc.
Tak naprawde kwestia agresji i biernosci zyciowej pochlania mnie ostatnio. Chyba pisalem o tym wczesniej. Mam na mysli bardziej aktywnosc i jej brak. Branie losu w swoje rece i pozostawienie go w formie niezmaconego strumienia zdazen z ktorym walczyc nie warto, bo sie i tak nie wygra. Oczywiscie bez zadnej aktywnosci to niewiele sie ma wogole szanse zmienic, ale aktywnosci pozbawionej zbednego ciezaru radykalnych pogladow i postanowien. Chyba sam sobie odpowiadam na pytanie... Bezsensu. Walka o zasady jest meczaca i ryzykowna. Powoduje niepotrzebne wystawianie sie na krytyke otoczenia. I nie tylko w kontekscie radykalizmu, ale raczej osmieszajacej akuratnosci. W koncu nikt nie jest nieomylny. Ale ma zasadnicza zalete - latwo przy jasnym zdefiniowaniu celow i dazen nie tylko kontrolowac rzeczywistosc, ktora sie kreuje, ale przede wszystkim obraz siebie i szacunek dla siebie. To jest cos czego mi brakuje. No dobra nie mam 30dziechy ale ok 25 - jak bede taki stary jak te 30letnie trepy to bede mial juz wyrobione poglady na wszystko. Bede znal odpowiedzi na wiekszosc zasadniczych pytan. Dlugi ten akapit.. trzeba zaczac od nowego.
Nie mam nic ciekawego do zaoferowania swoim rozmowcom. Moje poglady sa tak mialkie, pozbawione radykalnego zabarwienia, ni to faszystowska swinia, ni komuch. Dmowskiego nie czyta, Che Guevary nie nosi na piersi. Nic. Dluzyzna i tumiwisizm.
Ale punktem wyjsciowym byla kwestia agresji/biernosci zyciowej mzy ktora rownowagi wciaz poszukuje. W efekcie rzucam sie do gardla tym, ktorych powinienem olac, a olewam tych co mi swinie podkladaja. Wszystko do bani. Chyba kiepsko tez robie bedac nadmiernie bezposredni. Trzeba czasem - w przenosni - uszczypnac tych ktorych sie kocha, a sprzedac buzke z jezyczkiem tym ktorych sie nienawidzi. Ja jestem mientki i oslizgly coby mnie nie kochali i nie nienawidzili. To ta biernosc i beznadzieja pozbawiona charakteru i kontrastu. Jak bialy obraz. Nic.
Nie warto chyba tez przyjmowac pogladow o tych zasadniczych kwestiach i pytaniach ludzkosci. Lepiej jest wyszukiwac we wszystkim dziury i punktowac jednych i drugich. Wystarczy myslec. Ale to trzeba troche poczytac niestety. A jak czlowiek nawet za zalegla robote zabrac sie nie moze, to co tu gadac o rozwiazywaniu kluczowych kwestii spolecznych.
No i tak leci. Mialem pracowac, a bzdury produkuje w ilosciach masowych. Globalnych. I czuje ze predko nie skoncze. Bede pisal az stwierdze, ze za pozno na robote. Trzeba przelozyc na jutro. I kolejny dzien stracony na nic. Chociazbym jakas slodka piosenke napisal coby przyszlej zonie na mandolinie zadrynic. Nic nie napisze bo to sie nie da. Probowalem. Niemozliwe.
No i pustka. Jakos w trakcie pisania sie rozkrecilem. Chyba mnie jakas rozpierajaca euforia nachodzi. To niebezpieczne.
Dzis pisali jak sobie radzic ze stresem. W sumie to bylo dobre. Jakis psychol(og) stwierdzil ze najlepszym sposobem na opanowanie stresu jest pewnosc siebie. Ciekawe. Moze w nastepnym odcinku Metropolu napisza jakas recepte na pewnosc siebie.
Ciekawe jak mozna byc pewnym siebie w sytuacji gdy sie ma tlumaczyc dyrektorowi, ze jest idiota.

To tyle. Trzeba jednak czasem popracowac. Tak?

Sunday, February 27, 2005

CD Zona

Przeczytalem sobie poprzedni post i daje sie po nim niewatpliwie zauwazyc stopniowa degradacje umyslowa autora. To tyle akonto koniecznego odnosnika, bo bedzie to niejako kontynuacja.

Dlaczego sie ozenilem? Wiem doskonale dlaczego, wbrew temu co napisalem. Ona jest cudowna istota. Jest piekna dziewczyna, inteligentna rozmowczynia, jest bardzo towarzyska i nie wiem co jeszcze, ale z pewnoscia by sie znalazlo. Sek w tym, ze ja jej chyba nie kochalem. Myslalem o tym wielokrotnie i doszedlem do wniosku, ze ja chyba jestem zwyczajnie niezdolny do wyzszych uczuc. Hmm tu przydalby sie jakis specjalista

Niewatpliwie jak zaczelismy byc ze soba odczuwalem euforie nie mogaca rownac sie niczemu co czulem wczesniej. Moje zycie nagle zaczelo sie ukladac zajebiscie. Wszystkie problemy z ktorymi sie borykalem nagle zaczely sie rozwiazywac. Moim glownym problemem zawsze byla samotnosc. Przykre tak? W zasadzie ja sie z nia juz zdolalem w duzej mierze pogodzic. Bylem sam wiekszosc swojego zycia. Dodam, ze przed zona nie bylem na stale z zadna dziewczyna. To doprowadza mnie do pytania: czy to byla milosc, czy tylko samotnosc. Czy ja poszukiwalem osoby, ktora bym kochal - tulil piescil i nazywal ja George - czy tylko potrzebowalem zabawki, ktora by byla obok jakbym chcial sie czasem odezwac i pokochac? Wielokrotnie slyszalem ten zarzut z jej ust i chyba nabieram przekonania, ze miala w duzej mierze racje.
Jednak czlowiek nie powinien sie chyba tak umartwiac. To ze jestem z natury introwertykiem nie powinno byc powodem dla ktorego nie zasluguje na zycie, rodzine ect. Z pewnoscia powinienem sie bardziej starac, ale tez nie mozna tu niczego mi zarzucic - staralem sie jak moglem - a ona - "widzialy galy co braly".
Tyle watkow a ja tak wolno pisze... Cotojamialem? Przed slubem kumpele z roboty powiedzialy mi i jej (bo pracowalismy razem) cos fajnego. To bylo bardzo madre - warte przekazania kazdemu nowozencowi. Przed slubem nie warto jest myslec "dlaczego chce wziac z nim/nia slub". Nie warto sie zastanawiac nad zaletami drugiej osoby. To jest jasne. Natomiast warto sie skupic na wadach i zadac sobie inne fundamentalne pytanie "czy jestem w stanie z tymi jej/jego wadami". Przy czym nie mozna liczyc na to ze on/ona to zmieni, na to nie mozna liczyc.
To dobre - naprawde polecam. Jakby jakas zblakana owieczka trafila na ten blog i to przeczytala - prosze przekazac dalej.

No i tak - w koncu dochodzimy do przyczyny. A byla taka - ty wyjezdzasz i mnie zostawiasz, ja z toba nie moge pojechac bo nie chce, nie lubie i choc mowilam cos innego przed slubem mam to w dupie. Masz byc i mnie pilnowac cobym sie nie puszczala. Bo jak ty sobie wyobrazasz nasze zycie? Bedziesz sobie wyjezdzal, a ja bede jak grzeczna dziewczynka siedziala i pilnowala domu? Jak pies? Moze jeszcze dzieci mam wychowywac jak ty 2 tygodnie w roku bedziesz wypoczywal. No przeciez ty jestes nieodpowiedzialny! Nie chce miec z toba dzieci.

Zatem tak to sie zakonczylo. Glowny powod bycia razem stal sie nieosiagalny przez moja nieodpowiedzialnosc. Nie chce sie nad soba uzalac, ale jak kobieta zaczyna mnie szantazowac urodzeniem lub nie urodzeniem mi dzieci to ja wysiadam. Mam dzis w sobie duzo goryczy. Jestem jakby agresywny czy cos? Powodow bylo wiecej, znacznie wiecej.

Istotna kwestia byl model zycia - tak powiem gornolotnie. Otoz rodzice zony - tesciowie to dwojka psycholi. Jak ktos slyszal taki kawalek Fishbone "Drunk schizo" to powinien sobie wyobrazac ta relacje. O! Nalezy jeszcze dodac do tego !koniecznie! "sado-maso piosenke" Republiki. To w zasadzie wszystko wyjasnia. Dodam tylko, ze tesc nie ma roboty.
Model ich codziennego zycia relacjowany przez sasiadke z gory wyglada nastepujaco (bardzo cienkie sciany) : stara wraca z roboty robi obiad drac sie na starego, ze znow nic nie robil. Jedza. Tu dodam od siebie - chleja przy tym winsko, a raczej tylko stara, bo stary alkoholik wiec nie moze. Stary od czasu do czasu wychodzi do sasiedniego pokoju i pociaga z flachy, ktora trzyma w szafie. Matka, nadaje caly czas przy obiedzie jakim on jest kompletnym zerem i jak to on jej zycie spierdolil.
Warto przy tym wiedziec jaki ma ona sposob werbalizacji swoich mysli: nadaje z predkoscia karabinu maszynowego, troche podobnie do Scatman'a. Przy tym jest w stanie to robic przez wiele godzin niemal bez przerwy, mowiac ciagle o tym samym.
Dodam tu moze szersza charakterystyke...hmmm chociaz moze nie.... to byloby zbyt latwe do przesledzenia... nie bede opowiadal duzo - wystarczy, ze powiem - nerwica natrectw w stanie tak zaawansowanym, ze od tworek dzieli ja tylko fakt, ze ojciec jest jeszcze bardziej jebniety. Tak, bo po obiedzie i paru wyprawach starego do szafy ojciec zaczyna sie >>odgryzac<<>>troche<< przegial wiec zaczyna ja przepraszac i opowiadac o tym jak to on sobie bez niej nie poradzi i zdechnie pod mostem. Potem zgodnie z relacji sasiadki nastepuje ostatni etap ich dziennego rytmu - zaczynaja sie rypac tak ze stara daje paroma oktawami w ta i spowrotem (orgazmiczna spiewaczka z niej jest podobnoz nieprzecietna).
I tak to jest. Troche emocji w zyciu ludziom potrzeba. Gdy ten marazm codziennosci staje sie nie do zniesienia trzeba sobie cos urozmaicic.

Nie musze dodawac chyba, ze mi sie taka opcja niezbyt usmiecha. W zasadzie wstepem do takiego ukladu byla calkowita izolacja tej dwojki od otoczenia. Oni nie maja znajomych. Sa kompletnie sami i sami sobie to zawdzieczaja. Sam wiem to dobrze, bo na wielu wieczorkach doznawalem ich przemilego towarzystwa i kosztowalem pierwszych dwoch punktow ich codziennego grafiku (na szczescie uniknalem reszty).

Koszmar! Wspolczuje Monice tego, co przeszla wychowujac sie w towarzystwie tej pary. Jak zaczelismy byc razem czulem, ze musze jej pomoc. Wydostac ja z tego placu boju. Szybko sie do mnie sprowadzila - po paru miesiacach naszego bycia razem.
Hmmm wlasnie sie zastanawiam jak dlugo euforyzowala sie spokojem, ktorego bylo tak wiele wiecej niz u niej. Trudno wyczuc, moze do konca, a moze nie? Napewno jednak spokoj jej tez przeszkadzal. Moze zbyt wiele spokoju. Ja czesto sie zajmowalem roznymi bzdetami - komputerem, gitara czy telewizja. Generalnie przez te lata samotnosci wyrobilem w sobie radosc zajmowania sobie czasu roznymi tematami. Fajnie byloby napisac, ze jestem tez molem ksiazkowym - hmm to by ladnie wygladalo :)) ,ale nie ma to wiele wspolnego z prawda.
Prawda jest tez taka, ze zasadniczo wszystkie z tych rzeczy mozna mniej lub bardziej dzielic ze soba. I na poczatku tak bylo. Z latami jakos nawet wspolne ogladanie telewizji zaczelo nastreczas mase dziwnych problemow. Zaczelo nam sie rozjezdzac.
Pocieszam sie tylko, ze chyba wszystkim sie rozjezdza to po latach. Moze innym sie to troche mniej rozjezdza?
Jednak wierze, ze jeszcze przed slubem dalem jej sie poznac. Nie zenila sie z gosciem, ktory byl dla niej wielkim znakiem zapytania. A moze wlasnie o to tez chodzilo? Tzn ze nie bylem znakiem zapytania? Nie w rozumieniu bycia tajemniczym, niezglebionym i nieprzewidywalnym mlodziencem z roza w zebach.
Zaobserwowalem w sobie od dluzszego czasu zmiane podejscia do otoczenia. To troche porabane... chodzi o to, ze zaczelo mnie wszystko naprawde gowno obchodzic. Absolutnie wszystko. Oprocz roboty, zony i naszej przyszlosci. Zaczalem podchodzic do otoczenia jak do kompletnie nieistotnego tla. Przeginalem w tym na maksa. Przy czym ja jestem osoba, ktora zawsze byla oceniana przez innych jako osoba, ktora ma autentycznie ma wszystko w dupie. Jest tu pewna pozorna sprzecznosc. Bo byl to taki moj mechanizm interakcji z otoczeniem, ktore zawsze mialo dla mnie duze znaczenie. Wynikało to z zaobserwowanej przeze mnie zaleznosci polegajaca na kompletnym braku sukcesu wszedzie tam gdzie angazowalem swoja uwage nazbyt intensywnie.

Wlasnie obejrzalem sobie film Petra Almodovara - nie znam tytulu. Cholera dlugoby pisac - a to nie recenzja. Niewazne - Kika tez byla zdrowo pojebana. Gosc ma naprawde niezla jazde. Jezeli zwiazki wygladaja tylko tak jak w jego filmach to ja odpadam. Chyba jestem skazany na samotnosc. Paranoja.
Icobytuwpisacjeszcze?
Jest pozno a CD3 mozna dopisac pozniej. Musze znalezc jakas metode spisywania w skrocie watkow i potem ich opisywania, zeby mi nic nie ucieklo. Tyle koncepcji do wyzalenia sie, a jak przychodzi co do czego, to pusta bania. goddemet!

Tuesday, February 22, 2005

Zona

Nalezaloby zaczac od poczatku, ale to byloby zbyt beznadziejne na poczatku wiec szkoda sie silic na przypomnienie sobie wszystkiego co mi sie zdazylo od urodzenia poczawszy. Zatem postaram sie dzialac tematycznie - a niewatpliwie moja (jeszcze) zona - Monika - jest dobrym punktem wyjsciowym.

Jak to bylo? Spotkalismy sie jakies 10 lat temu. Byla kumpela, mojej kumpeli. Potem chodzila z gosciem, ktory byl moim dobrym ziomem. Mozna powiedziec rozne rzeczy o niej, ale z pewnoscia nie ze byla skromna i niesmiala. A w szczegolnosci nie mozna powiedziec, ze byla uczciwa wzgledem swojego chlopa.
Po jednej z libacji wyladowalismy w lozku. Dziewczyna szla na maksa, ale ja sie wycofalem. Wtedy uwazalem to zagranie za kompletny kretynizm, choc niewatpliwie uczciwe wzgledem kumpla. Tak w perspektywie czasu to wrazenie ulegalo modyfikacji - najpierw jak sie zorientowalem jakim debilem byl Robert, potem jak poznalem sie na niej.
Potem jeszcze bylo pare epizodow, ale konsekwentnie sie wycofywalem.
Jakies 5 lat temu bylem z taka sympatyczna dziewka, jej bliska kumpela. Ona byla wtedy na etapie rozstania z Robertem i spotykala sie z innym moim ziomem. Jak rozstalem sie z ta - jak ja nazwalem - dziewka, bylem w lekkim dole. Zaczelismy sie wtedy spotykac, uklad byl czysty - ona sama, ja tez. Po pewnym czasie sprawa niepostrzezenie zaczela stawac sie dosc powazna.
Dlaczego? Zawsze wydawala mi sie bardzo piekna i seksowna dziewczyna. Ponadto miala w sobie jakas taka dziwna zyciowa madrosc, ktorej mi zawsze brakowalo. Brala sprawy wyjatkowo lekko i z dystansem. Pozatym zarazila mnie jakims dzieciecym entuzjazmem do zycia. Nie powiem zebym sie w niej wtedy zakochal. Mysle, ze byl to rodzaj kompromisu ktory na ten moment wydawal mi sie idealnym ukladem. Wczesniej mialem naprawde kiepska robote, jak zaczelismy sie spotykac wszystko raptownie zaczelo mi isc z gory. Zbieg zdarzen doprowadzil, ze musialem sie rozejrzec za czyms innym i pach! Zajebista robota, duzo nadmiarowej kasy i co za tymi idzie permanentna modyfikacja psychofizyczna.
Bylo super i glownie za jej sprawa. Powiem tyle ....
Druga szklana grzanego wina i jedziemy dalej.
Nie chcialbym sie szczegolnie rozdrabniac na opisywanie sytuacji, choc jest to szkieletem naszego zwiazku, ale obawiam sie, ze zbyt wiele z tego nie bedzie mozliwe do opisania z powodu utraty duzych obszarow pamieci przez te lata, lata mutacji.
Generalnie mozna podzielic nasz zwiazek na 3 etapy:

  1. Beztroska cieleca radosc z zycia,
  2. Czasy ponurej egzystencji
  3. Slub

W pierwszym etapie bylo naprawde fajnie. Jak tak popatrze na wyprodukowane przeze mnie etapy to mysle sobie, ze jest to taki standardzik. Ale w moim przypadku to bylo dosc mocno jaskrawe. Powiem krotko - moja zona jest biseksualna. W zasadzie przelecialem wiekszosc jej przyjaciolek z absolutnym przyzwoleniem. Byly tez przez nia prowokowane jazdy w druga strone. Ona bardzo lubila knajpy dla gejow - "oni tak smiesznie ta raczka machaja" ect. Zwiedzilismy wiele knajp gejowskich, z jej nadzieja ze cos wyjdzie w druga manke. Ale ja jakby nie kumalem aluzji, koncepcja wlaczenia cioty miedzy nas legla w gruzach.

Tak na marginesie ciekawe doswiadczenie z tymi wyprawami do knajp gejowskich. Faceci z zalozenia nie sa przyzwyczajeni do bycia obiektem seksualnym. Wiem to po sobie. Jednak wazne jest tez dla kogo jest sie takim obiektem. Oblesna sprawa.

Do tego tez wchodzila opcja bawienia sie z innymi parami. Z poczatku jawilo mi sie to jako ciekawa opcja, jednak po jednej imprezie z kolezanka Moniki, tez Monika odechcialo mi sie zabaw w roznych kombinacjach. Zostalem oskarzony o zdrade, poniewaz zabawa dla mnie nie skonczyla sie gdy ona wyszla do lazienki. Do konca slyszalem jak to ja zdradzilem na jej oczach. Ta kwestia sie jakos nie przestala miec dla niej znaczenia. Wielokrotnie mowilem jej ze ma to raczej na celu usprawiedliwienie swoich ewentualnych skokow na bok, co z reszta parokrotnie potwierdzila. Ale to jednak nie pomoglo, sprawa wracala jak bumerang.

Po tym powiedzialem "koniec". Juz wiecej sie nie bawilismy w tego typu kombinacje. W zasadzie dla mnie nie byla to jakas tragiczna strata, bo seks nie spelnia tak kluczowej funkcji w moim zyciu. Nie chce byc zle zrozumiany - pierdolenie, trytanie, ruchanie, kotlowanie, pieprzenie, posuwanie, gimnastykowanie sie czy tez last but not least kochanie siÄ™ - zajmuje istotna pozycje w moich zyciowych priorytetach acz nie przewodnia. Wtedy myslelismy juz powaznie o malzenstwie. Mieszkalismy juz razem, w zasadzie slub byl naturalna koleja rzeczy. Jednak jakos sprawa sie przeciagala. Wynikala z faktu, ze Monika stracila robote i ciezko bylo przy takich przyzwyczajeniach zrezygnowac z wielu rzeczy. Slub jak wiadomo - kosztowna rzecz.

W zasadzie malo tu mowie o nas. Koncentruje sie bardziej na kolejach rzeczy. I tak bedzie dalej. Na koncu cos napisze o nas. Na razie skonczylo sie wino - trzeba zagrzac trzecia porcje.

I o czym to ja mialem pisac? ... Wiele zalezalo od relacji z naszymi znajomymi. Ona miala bardzo wiele przyjaciol. Ja zasadniczo nie bylem zawsze nazbyt uspoleczniona jednostka. Mialem paru dobrych znajomych, ale nie stanowili oni dla mnie ostoi. Zawsze raczej staralem sie sam radzic sobie z problemami, nie szczegolnie sie dzielilem swoim zyciem z innymi. Wydaje mi sie, ze wynikalo to z doswiadczen, ktore radzily mi nie dzielic sie z innymi problemami roznej masci, bo przewaznie generowalo to inne problemy. Dlatego tez nie odczuwalem duzej straty, tracac kontakt z kolejnymi osobami. Jednak niektore straty byly bardziej radykalne z uwagi stosunku Moniki do znajomych plci zenskiej.

Nie bede sie rozpisywal co do konkretnych osob i sytuacji. Generalnie rozchodzilo sie o to, ze ja akceptowalem - no z pewnymi wyjatkami - wiekszosc jej znajomych, ona na wszystkich imprezach z moimi robila mi nieprzecietne jazdy.

Niemniej moj stosunek do ludzi nigdy nie pochlanial mnie tak intensywnie jak mozliwosc doznawania euforii w sportach roznej masci. To jest dla mnie cos dla czego naprawde warto zyc. Uprawiam rozne dyscypliny, mniej lub bardziej ekstremalne. Obcowanie z zywiolami natury, takimi jak woda, powietrze czy tez, zadko wymieniana w tym gronie, grawitacja jest dla mnie niebanalnym powodem na egzystowanie na tym zalosnym padole. Jednak dla niej to nie bylo wytlumaczenie dlaczego nie mamy byc razem. Nie musze mowic, ze ona nigdy takich rzeczy robic nie lubila i nigdy robic nie bedzie. Usilne proby sklonienia do wspoluczestniczeniu w zeglarstwie, windsurfingu czy tenisie spełzły na niczym. Udalo sie czesciowo z snowboardingiem, ale tez nie do konca.

Ogolnie dramat. Zalosne to co pisze, mozna uznac ze zwiazalem sie z osoba kompletnie nie pasujÄ…ca do mnie. Jak ja moglem pomyslec o zwiazaniu sie z nia? Tego sam nie wiem. Wiem tylko, ze wyszedlem z absurdalnego zalozenia, ze uzupelnimy sie interesujac sie troche innymi rzeczami.

Chyba mam slaba glowe - nie mam sily na razie pisac. Meczace to. Nie myslalem, ze tak bardzo. Ale cel musze osiagnac. Musze sie pozbyc wszelkich zludzen, ze egzystowanie z nia ma jeszcze jakikolwiek sens.

To narazie.